Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.






Czasem naprawdę zastanawiamy się, czy to cierpienie kiedykolwiek się skończy. Czy w którymś momencie przestaniemy otwierać kolejne drzwi i widzieć za nimi to samo piekło, tylko w innej odsłonie.
Ostatnie tygodnie to jazda bez trzymanki. Działamy non stop, na zmęczeniu, na adrenalinie, z poczuciem, że coś w tym świecie bardzo się popsuło. Dziś znów to poczuliśmy, kiedy weszliśmy na teren pseudohodowli bokserów w Kielcach… Już od progu było wiadomo, że stało się coś strasznego. Ten zapach, ta cisza, to napięcie, które momentalnie ściska gardło. Chwilę później zobaczyliśmy pierwsze ciała - trzy. Szczenię i dwa dorosłe psy.
Jedenaście kolejnych psów jeszcze żyło. Trudno powiedzieć "żyje", bo to cienie psów. Siedem szczeniąt i cztery dorosłe psy to skóra i kości, drżące, zgaszone, jakby już dawno pogodziły się z tym, że nikt po nie nie przyjdzie. Rzucają się na jedzenie tak, jakby to była ich ostatnia szansa. Ten człowiek ma już niebieską kartę i już trzykrotnie pojawiły się zgłoszenia budzące ogromne wątpliwości. Niestety, trzy razy wszystko było w porządku, choć dzisiaj ciężko nam w to uwierzyć. Psy mają porwane uszy. Na ich ciałach widać ślady rażenia paralizatorem. Wszyscy dookoła musieli słyszeć ich wrzaski.
Staliśmy tam, patrzyliśmy na te psy i naprawdę trudno zrozumieć, jak to możliwe, że musiało dojść do śmierci trzech z nich, żeby ktoś w końcu zareagował. Jak to możliwe, że tyle sygnałów zostało zignorowanych? Jak to możliwe, że one cierpiały dzień po dniu, kawałek po kawałku, a świat udawał, że nie widzi…
Dla trzech psów nie zdążyliśmy i to będzie nas bolało długo. Dla jedenastu będziemy walczyć nie tylko o nie, ale też o cholerną sprawiedliwość.
Ładuję...