Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Dzięki Wam nie musiałyśmy się zastanawiać jak opłacimy kwietniową fakturę.
Nie musiałyśmy się zastanawiać, za co zatankujemy auto czy jak zapłacimy za prąd.

Nie musiałyśmy rezygnować z badań naszych nieadopcyjnych podopiecznych, które najprawdopodobniej zostaną u nas do końca życia.

Dzięki Wam przetrwamy i będziemy pomagać dalej, dziękujemy!!!!

Dzięki Wam wiemy, że opłacimy fakturę z marca. DZIĘKUJEMY!

Podniosłyśmy kwotę zbiórki bo wiemy już, że kwietniowa faktura za weterynarza na ten moment wynosi ponad 20 tys. złotych. A miesiąc jeszcze się nie skończył :/
Dodatkowo: koszty paliwa to około 9 tys. złotych miesięcznie. W tym miesiącu doszło jeszcze ubezpieczenie zwierzakobusa - niezbędnego narzędzia naszej pracy.

Koszty tak prozaicznych rzeczy jak pojemniki do badań kału jak 500zł. Kupujemy też czipy, płacimy za wywóz śmieci, prąd itd. To tylko nieliczne z nich.


Obecna kwota zbiórki pozwoli nam na spokojnie zamknąć kwiecień i wejść w maj bez długów i zmartwień o niezapłaconych fakturach.
Dziękujemy za każdą przekazaną złotówkę!
Przyjmowane zwierząt wstrzymane? Za duże długi?
Pfff... rozum swoje a serce swoje.

Miałyśmy nie przyjmować nowych podopiecznych ale na naszej drodze stanęły kolejne psy, którym nie mogłyśmy odmówić pomocy.

No dobra ale zacznijmy od tych dobrych wieści: Dzięki Waszemu wsparciu i hojnym sercom zapłaciłyśmy fakturę z lutego. Ufff... co za ulga! Dziękujemy za Wasze wsparcie!

Przed nami kolejny cel: opłacić faktrurę za marzec. Za 2 tygodnie dostaniemy kolejną, kwietniową fakturę i do tego czasu MUSIMY opłacić tę marcową.
Oby do lipca, tak sobie powtarzamy! To właśnie wtedy na konto wpłyną fundusze przekazywane przez Was w ramach 1,5% podatku.
Czy pomożecie nam dotrwac do lipca? Dotrwać i wciąż pomagać bo krzywdzone i bezdomne zwierzęta nie mogą do lata.

Jesteśmy wdzięczne za każdą przekazywaną przez Was złotówkę. Jesteście naszą jedyną nadzieją...
Fundacja Kundelek tonie w długach! Przyjmowanie zwierząt wstrzymane do odwołania!

Od dłuższego czasu się na to zanosiło. Finanse się nie spinały, ale liczyłyśmy na to, że "jakoś to będzie". Ale jest źle, zbiórki nie idą, wpłat nie wystarcza nawet na pokrycie najpilniejszych faktur. Za dużo się dzieje, żebyśmy dały radę podołać. Chcemy pomóc wszystkim, zapominając o tym, że tak się nie da.

Naszym gwoździem do trumny stała się ostatnia interwencja, podczas której trafiłyśmy na posesję, gdzie pomocy wymagało 11 psów, żyjących w złych warunkach. Psy mnożyły się między sobą na potęgę. Było ich więcej, ale szczeniaki zostały rozdane po wsi, w pierwsze lepsze ręce. Im nie zdążyłyśmy pomóc.

Mimo że już wtedy wiedziałyśmy, że jest ciężko, nie mogłyśmy udawać, że tego nie widzimy. Przed nami była już w tym miejscu inna organizacja, która jako pomoc podarowała 2 worki karmy. I tyle. Zostawili stado niewykastrowanych zwierząt u ludzi, którzy sami nie mogli sobie poradzić. Sumienie i rozsądek nie pozwoliło nam postąpić w ten sposób.

Wiecie, że staramy się by nasi podopieczni byli przygotowani do adopcji na wysokim poziomie: odpchleni, odrobaczeni zaszczepieni, zaczipowani, wykastrowani, po rozszerzonych badaniach krwi i kału, starsze psy przechodzą także USG jamy brzusznej i echo serca. Co miesiąc dostają nexgardę na pchły i kleszcze. To wszystko koszty, koszty i jeszcze raz koszty. Przy 1 psie to jest dużo. Przy 11 psach to są dziesiątki tysięcy złotych.


Ale to nie wszystko! Rozchorowała nam się Ruda - starsza podopieczna, u której wykryto guza śledziony. Badania, operacja, szpital, to wszystko kosztuje...

Putek - stary kocur, jeszcze sprzed założenia fundacji, miał jakiś ropień w pysku, który pękł. Zaprzyjaźnieni lekarze nie podjęli się specjalistycznego leczenia i trafiłyśmy do kliniki stomatologicznej w Warszawie, w której ceny są... warszawskie. Ale nie miałyśmy wyjścia. Kocur cierpiał z otwartą raną pyska. Nie było czasu na zbiórki i przemyślenia. Konieczny był zabieg NATYCHMIAST.

Do tego wyłapałyśmy na kastrację kilkanaście kotów i kocic, na które od dawna "polowałyśmy" i musiałyśmy je w końcu wykastrować. Jedyne, na co mogły liczyć od okolicznych pomagaczy to karma i zabieranie małych kotów, gdy się okociły. Nikt nie pomyślał, że trzeba zabrać je na kastrację, by rozmnażanie w końcu zakończyć!

Obecnie nie mamy funduszy, by zapłacić za fakturę z lutego. Koszty, które będziemy musiały ponieść w marcu przyprawiają nas o mdłości.

Pociesza nas jedynie fakt, że byłyśmy już kiedyś w takiej sytuacji i wtedy, udało nam się wyjść z tego obronną ręką, choć w perspektywie było zamknięcie fundacji.
Mamy nadzieję, że i tym razem się uda... Błagamy Was, nie zostawiajcie nas! Musimy wytrwać, zwierzaki nas potrzebują!
Ładuję...