Setka zwierząt właśnie traci dom, w którym znalazły ratunek

Zbiórka zakończona
Wsparło 1 010 osób
41 620 zł (166,48%)

Rozpoczęcie: 21 Lutego 2019

Zakończenie: 4 Marca 2019

Dziękujemy za Twoje wsparcie – bez Ciebie nie udałoby się zebrać potrzebnej kwoty.
Razem wielką mamy moc!
Gdy tylko otrzymamy rezultat zbiórki, zamieścimy go na stronie.
06 Marca 2019, 13:28
[Aktualizacja 06.03.2019]

Nie wierzymy w to, co się dzieje - niech nas ktoś uszczypnie !!!
To niewyobrażalne!

Jeśli uda się nam dojść do 50 tys., to stanie się coś, o czym marzymy od dawna - spłacimy wszystkie nasze długi (w hotelach, sklepach, weterynarzy w Czewie, zakładzie komunalnym...). No normalnie wszystkie...

Ogromnie Wam dziękujemy. Dzięki Wam spadł nam ogromny kamień z serca!

Uratowały nie dziesiątki, nie setki, lecz tysiące zwierząt. Istot, którym inni nie dawali żadnych szans.

Jeździły i wyciągały zwierzęta z miejsc, które były dla nich piekłem. Miejsc, gdzie inni byli bezradni. Nigdy się nie poddały i póki była nadzieja na uratowanie istoty, która sama straciła już nadzieję na ocalenie – pojawiały się one i przywracały ją do życia.

Zrezygnowały z prywatnego życia i całkowicie poświęciły się niesieniu pomocy zwierzętom. Tak – poświęciły się, to dobre określenie, bo za to, co robią, nie chcą i nie biorą nic.

Nieprawdopodobne? A jednak.

Nie otrzymują wynagrodzenia, nie mają pensji. Za to 24 godziny na dobę opiekują się tymi chorymi, rannymi i tymi, których nikt nie chce. Stworzyły dom, w którym nasi bracia mniejsi znaleźli schronienie po krzywdach i cierpieniu, jakie zgotował im człowiek. Ratowały nie tylko psy i koty, ale kuny, łabędzie, sarnę. Nie odwracały wzroku od żadnego stworzenia. Jak robi to wielu innych.

Dwie kobiety, które robią „niemożliwe”.

Mają pod opieką blisko setkę zwierząt i każdego dnia są dla tych istot całym, znanym im światem. Ostoją, poczuciem bezpieczeństwa i miłości.

Niestety, taka ilość zwierząt w większości wymagających stałej opieki weterynaryjnej i wciąż dzwoniącego telefonu z prośbą o ratowanie kolejnych, równe jest kosmicznym rachunkom weterynaryjnym.

A one nie umieją odmówić pomocy.

Niestety, wszystko się kiedyś kończy i dziś Fundacja APA nie przyjmuje nowych zwierząt, mimo dramatycznych zgłoszeń. Nie przyjmuje, bo nie ma z czego utrzymać tych, które już znalazły schronienie w ich, można powiedzieć, hospicjum.

Wyobraźcie sobie – setka zwierząt, które muszą jeść i być pielęgnowane. Ilu z Was gotowych byłoby tak żyć? Gdy „wpadł” jakiś grosz, zawsze pojawiał się dylemat – rachunki, czy jedzenie.

I wybór jest chyba dla każdego oczywisty.

Czy APA, jedna z niewielu organizacji oparta w 100% na wolontariacie, zniknie? Czy kolejne zwierzęta, gdzieś tam, daleko, czekające na ocalenie, nie doczekają pomocy?

I najważniejsze – czy ta setka zwierząt, która nauczona jest już miłości, troski, spania na łóżkach wtulona w człowieka,  straci swoją bezpieczną przystań?

TAK, straci.

Powiem tylko, że ja tego nie przeżyję. Nie dam rady żyć, wiedząc, że moi podopieczni, ci, którzy tak mi ufają - są w schronisku. Miejscu, z którego część z nich wyrwałam. Nie, to nas zabije…

Niestety, jest to realne. Nie możemy już działać, bo nasze wszystkie długi przekroczyły 50 tys. złotych, a z pustego i Salomon nie naleje. Najważniejsze – nie możemy już leczyć zwierząt. Ciężkie przypadki, te mniejsze, stała opieka weterynaryjna naszych podopiecznych wygenerowała u weterynarzy kosmiczny dług. 

Nie mogąc leczyć – nie można ratować. Kilka dni temu otrzymałyśmy wiadomość z kliniki o przesądowym nakazie uregulowania zaległości. Dług wynosi blisko 25 tys.złotych i mamy czas do końca marca na jego spłatę. Siedzę i myślę co mam napisać, żebyście nam pomogli, choć nawet nie nam, ale naszym zwierzętom…

 Co mam zrobić, by je uratować? Jak błagać ludzi, by otworzyli dla nich swoje serca?

Dla psa Dziadka, staruszka, który ma 3 łapki poskładane tytanowymi klamrami i problemy neurologiczne, ale jest u nas szczęśliwy.

Dla psa Gucia z nieuleczalną zapaścią tchawicy, która dzięki leczeniu się zatrzymała i może ostatnie miesiące życia spędzić otoczony miłością.

Dla ślepej kotki Malinki, która czuje się u nas cudownie i nawet wspina się na drzewa.

Dla chorych na nieuleczalny FIP kilkunastu kotów, które, póki czują się dobrze, zanim nadejdzie ich czas, mogą ugniatać nasze poduszki i wtulać się w nas przed snem.

Dla psa Maxa skatowanego sztachetą przez człowieka do nieprzytomności, który zaufał tylko mi, a w stosunku do innych jest bardzo agresywny. Dla mnie to najwspanialszy pies na świecie.

Dla sparaliżowanej Migotki, połamanego Dzikusia, płochliwej Pocieszki i złośliwej Moli… i dziesiątkach innych, dla których nasza przystań jest jedynym domem...

One nie przeżyją schroniskowych realiów. A ja nie przeżyję świadomości, że one cierpią? Czemu ten świat jest tak urządzony, że dobre i czyste serce i bezinteresowność nie jest walutą? 

Powinna być. Czemu liczą się tylko pieniądze? Wkurza mnie to, a jednocześnie właśnie o nie muszę Was teraz prosić.

Błagam, pomóżcie. Dziękuję Wam z całego serca za każde, najmniejsze wsparcie. Dziękują wszystkie zwierzęta, które uratujecie. Dziękują też te, którym już pomogliście.

Pomogli

Ładuję...

Wsparło 1 010 osób
41 620 zł (166,48%)