Konał w przydrożnym rowie… Czy wygra wyścig ze śmiercią?

Supported by 341 people
7 725 zł (122,61%)
Donate

Started: 05 May 2019

Ends: 13 June 2019

"Umieramy w liczbie pojedynczej, zawsze sami." Mirosław Welz.

Kolejny dzień majówki. Pogoda dopisuje, choć synoptycy straszyli deszczem. Świat jakby zwolnił tempo, ludzie odpoczywają, odwiedzają rodziny i znajomych. Bez pośpiechu, podziwiając świat zza szyby podróżują w nieznane.

Gdzieś w oddali niemy płacz, wołanie o pomoc. Gdzieś niby w oddali, lecz bliżej niż mogłoby się wydawać, gaśnie życie…

Okolice Dębicy, majowe popołudnie. Małżeństwo podróżuje samochodem. Jadą powoli, w końcu w takie weekendy kontroli na drogach więcej. W końcu po co pędzić, kiedy można wreszcie zwolnić i cieszyć się chwilą. W pewnym momencie w przydrożnym rowie dostrzegają czołgające się zwierzę. Natychmiast zatrzymują auto na poboczu i wychodzą do zwierzaka. Okazuje się, że to kot. Młody i ładny kot, który ciągnie za sobą tylne łapki, wygląda jakby był po wypadku. Ledwo udaje mu się poruszać, cały się trzęsie. Jest wykończony, ranny, umiera… Małżeństwo nie ma wątpliwości, trzeba zadzwonić, sprowadzić pomoc. Chwytają więc za telefon i dzwonią, na numer alarmowy, do służb, straży, jednostek odpowiedzialnych za pomoc zwierzętom na tym terenie. Niestety wszystkie zaalarmowane służby albo odmawiają pomocy, albo po prostu nikt nie odbiera telefonu. Małżonkowie spoglądają na konającego kota, potem na siebie. „Musimy mu pomóc, nie możemy przejść obojętnie i patrzeć jak umiera, szukajmy dalej”. Na szczęście w dobie smartphone'ów z dostępem do Internetu szukanie pomocy jest nieco łatwiejsze. Tak odnajdują numer do Fundacji Felineus. Opisują dokładnie miejsce, stan kota, opowiadają o tym gdzie próbowali szukać pomocy i dlaczego dzwonią aż do Rzeszowa. Ciśnienie rośnie, na usta cisną się niecenzuralne słowa, bo to nie pierwszy raz, kiedy nasza Fundacja okazuje się ostatnią deską ratunku dla konającego kota. Prawo? Cóż z tego, że jest skoro i tak nikt go nie egzekwuje… Pada krótkie pytanie: „Czy są Państwo w stanie przywieźć kota do Rzeszowa?” „Oczywiście, już ruszamy i jedziemy” – słyszymy w słuchawce.

Nazwaliśmy go Lonli. Tak, właśnie od tego „lonely”, które po angielsku oznacza samotny. Bo właśnie tak Lonli został potraktowany, ci, którzy powinni, nie chcieli mu pomóc. Nikogo nie obchodził, umierał w samotności. A czy uda mu się przeżyć, czy Ludzie Dobrego Serca, którzy pochylili się nad jego losem, zdążyli na czas? Walka o jego życie właśnie się zaczęła.

Małżeństwo przywiozło Lonliego do całodobowej lecznicy weterynaryjnej w Rzeszowie. Na chwilę obecną wiemy już, że wypadek, który przytrafił się młodemu kocurowi, miał miejsce co najmniej kilka dni wcześniej. Lonli mocno oberwał: połamane obie łapy, a w ranach zaczęły się już lęgnąć larwy much. Jednej łapy z otwartym złamaniem na pewno nie uda się uratować. W drugiej łapie Lonli ma wypadniętą głowę kości udowej z panewki – tu lekarze dają mu szansę na sprawność, ale czeka go skomplikowany zabieg i długa rehabilitacja. Ponadto doszło także do przesunięcia miednicy i kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Lonli ma delikatnie wypadnięty odbyt, nie staje na połamane tylne łapy i na tę chwilę nie wiemy jeszcze, czy władza w tylnej części ciała została zachowana. Kot jest wygłodzony, odwodniony i wyziębiony, jego stan jest bardzo ciężki, a rokowania ostrożne. Czekamy na wyniki dalszych badań i mocno trzymamy kciuki za Lonliego. Zrobimy wszystko, żeby żył, jeśli tylko lekarze ocenią, że ma taką szansę.

Walka o życie, walka z czasem, z bezsilnością, ze słabościami… Walka, która zawsze ma ogromną cenę. Jeśli jesteś z nami, jesteś z Lionlim, prosimy - pomóż.

Supporters

Loading...

Organizator
30 aktualnych zbiórek
381 zakończonych zbiórek
Supported by 341 people
7 725 zł (122,61%)
Donate

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość