Gdy życie trzeba ratować na kredyt -cdn. Bez nadziei...

1 dzień do końca
Wsparły 503 osoby
27 095 zł (90,31%)
Brakuje jeszcze 2 905 zł
Wesprzyj

Rozpoczęcie: 7 Kwietnia 2020

Zakończenie: 31 Października 2020

Nie wiem, co będzie. Najbardziej boję się nie wirusa i własnej choroby, tylko tego, ze nie będę miała ich czym nakarmić ani za co leczyć.  Na razie przez kilka tygodni jeszcze dam radę, a potem? Przecież wszystkim skończy się za moment  płynność finansowa i darowizny spadną do zera. Co wtedy? Oddać byle komu? Wypuścić luzem i niech sobie idą? Uśpić? Koszmary, które nie pozwalają normalnie funkcjonować i logicznie myśleć. Odbierają wszystkie siły i chęć do życia.

Mam ich prawie setkę, z czego większość nieadopcyjna, bo albo stara i chora, albo brzydka, albo agresywna, albo załatwiająca się tam, gdzie stoi, albo po prostu nie mają szczęścia...

I ciągle trzeba ratować kolejne, które trafiają z interwencji chore, połamane w wypadkach, pogryzione przez psy lub dzikie zwierzęta, zaniedbane przez człowieka.  Bronić przed gminami, które mają na wszystko jedną receptę: schronisko.  Nieważne, że to mordownia wydająca psy głównie okolicznym chłopom na łańcuch.  Urzędnik płaci i pozbywa się problemu. Nie obchodzi go co dalej.  A mnie, głupią, obchodzi. I zabieram  te wyrzucone, tulące się do rąk psiaki, żeby tylko zdążyć, zanim przyjedzie hycel. Leczę, sterylizuję, szczepię, czipuję i szukam domów.

Długi, które nadal mam w lecznicach  to wizytówka mojego miękkiego serca i często, naiwności. Ale jak odmówić pomocy choremu czy rannemu zwierzęciu nawet jeśli czuję, że głos w słuchawce kłamie i że to wcale nie jest znaleziony, bezdomny pies czy kot? Jak żyć  ze świadomością, że po mojej odmowie poturbowany kociak czy wyciągnięty spod kół psiak kona bez pomocy gdzieś w komórce albo dostał najwyżej jeden zastrzyk leku "na wszystko" u miejscowego, zwykle wiejskiego, weterynarza?

Nie umiem już, jak wszyscy, czekać na wiosnę i lato. Teraz paniczny strach trzyma mnie za gardło  od kwietnia i nie puszcza aż do pierwszych mrozów w listopadzie. Telefony, czasem po kilka dziennie, że znaleziono kociaki. Z kotką, bez kotki, jeszcze ślepe, już podrośnięte, zdrowe, chore, dzikie, ufne... I wszyscy chcą, żeby zabierać. Oni nie chcą, nie mogą się zająć, wziąć na dom tymczasowy, nawet często nakarmić. I już za moment się zacznie... A będzie gorzej niż w ubiegłych latach, bo teraz lekarze pozamykali gabinety w obawie przed wirusem i nie sterylizują. Albo sterylizują 1/4 tego co kiedyś. Urodzą się setki tysięcy niechcianych psów i kotów...

Nie wiem, co dalej będzie... Na koncie kwota, która wystarczy na miesiąc. Taka sama suma jest do zapłacenia w największej lubelskiej klinice 24 h, w której siedzi nasza suka z dziećmi i gdzie idą wszystkie pilne przypadki, zwłaszcza nocne i weekendowe.  Trzy razy taka suma do zapłacenia w przychodni, w której leczę najwięcej zwierząt. O dług w przychodni lubartowskiej już nawet nie pytam. 

Kwota zbiórki to 30 tysięcy.  Żeby doczekać do lipca, dopóki nie zacznie spływać 1%. Pospłacać co się da z długów, żeby nie zablokować sobie wejścia do lecznic. Może kupić trochę taniej karmy na zapas.  Wbrew pozorom to niedużo. Innym fundacjom o podobnej ilości zwierząt i porównywalnej intensywności działania wystarczyłoby na miesiąc.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy dołożą od siebie kilka złotych. Będę wdzięczna również za udostępnienia. Na wszelkie pytania odpowiem mailowo lub telefonicznie. Trzymajcie za nas kciuki.

 

Pomogli

Ładuję...

Organizator
2 aktualne zbiórki
46 zakończonych zbiórek
1 dzień do końca
Wsparły 503 osoby
27 095 zł (90,31%)
Brakuje jeszcze 2 905 zł
Wesprzyj