Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Zawaliłem. Totalnie. Nie wiem jak to powiedzieć, ale chyba najlepiej będzie prosto z mostu: szorujemy doopą po asfalcie. Inaczej się nie da tego nazwać. Właśnie jest czas rozliczeń i wiecie co? Za poprzedni rok mamy kosmiczną stratę w wysokości 75 645,74zł. A jeszcze mam stertę wydatków, które poniosłem sam, nieopłacanych przez fundację. 
To już nie jest moment, w którym mogę się wstydzić. Ja już muszę prosić o wsparcie.
A 1,%% podatku- zapytacie? Całkowicie spożytkowaliśmy je na jedzenie dla zwierząt.
Została proza życia. Transport zwierząt. Leczenie. Prąd. Koszty remontowe. Ogrzewanie. Pomoc żywnościowa dla karmicieli.
Od początku roku maksymalnie tniemy koszty. Jak tylko się da.
Robimy ile możemy, żeby to posklejać, ale wiecie jak jest- wydatki są ciągłe, a już w samym tym roku na opiekę weterynaryją poszło kilkadziesiąt tys. Zwyczajnie nie mamy już jak tego poskładać.


I tu nie rozchodzi się już o rozpieszczanie. O ty, czy będzie sosik, czy będą lizaczki. Tu jest już poważny kryzys finansowy, a w tle koty, które bez pomocy po prostu nie mają szans. Z białaczką. Zapaleniem otrzewnej. Kocim HIV. Niepełnosprawne. Nie będę dawał drastycznych zdjęć, bo wiecie, że tak nie działam. Nie chcę sensacji, chcę żebyście wiedzieli, że daję z siebie 100% by te zwierzęta, skrzywdzone i chore, miały jak najszczęśliwsze i jak najzdrowsze życie.





Odkładam wstyd na bok. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
Chowałem swój stres i strach jak to będzie za dobrym humorem, ale dłużej się nie da. Trzeba stawić temu czoła. Dlatego proszę Was, dobrych ludzi o pomoc...
Ciężko byłoby wstawić tu wszystkie nasze wysatki, ale wrzucam choć część, dla pokazania skali. Każde Wasze wsparcie jest na wagę złota.


































































Ładuję...