Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Jest północ. Wróciłam z kliniki, patrzę w ścianę i płaczę z bezsilności...
Piszę to do Was w środku nocy, trzęsącymi się z przemęczenia i stresu rękami. Dopiero co wróciłam, wracając z kliniki z psem z krwotocznym zapaleniem jelit.

Kolejna dramatyczna walka o życie, kolejny paraliżujący strach, kolejna zapowiadająca się potężna faktura, której nie mam już z czego zapłacić. Siedzę sama w ciszy, a z oczu lecą mi łzy z bezradności. Zwracam się do Was z gardłem ściśniętym lękiem, jakiego nie czuję często.
Przypominam sobie pełne cierpienia oczy moich podopiecznych, kiedy tutaj trafiali i serce pęka mi na pół. Prowadzę ten azyl od prawie 10 lat. Zaczynałam zupełnie od zera. Kupiłam ten stary dom na 30-letni kredyt – tylko i wyłącznie po to, by zbudować w nim bezpieczne schronienie dla niechcianych, skrzywdzonych zwierząt. Związałam się długiem na wiele lat, byle tylko one, tak potwornie skrzywdzone przez los istoty, miały swój własny dach nad głową.

Razem ze starą stodołą i ogromnym sercem pełnym miłości zaczęłam tę nierówną walkę. Przez te wszystkie lata, krok po kroku, własnymi rękami budowałam to miejsce. Wszystko tworzyłam z pomocą ludzi, którzy chcieli wspierać mnie i moje zwierzęta.
Z roku na rok było widać ogromne postępy – stare mury zamieniały się w bezpieczną przystań, a moi podopieczni zyskiwali coraz lepsze, godne warunki do życia. Dzisiaj to bezpieczne niebo, na które wzięłam potężny kredyt i które wspólnie budowaliśmy tyle lat zaczyna się bezwzględnie walić. Nie mam już ani fizycznych, ani psychicznych sił, by utrzymać je na własnych barkach. Umieram ze strachu o ich jutro.

To dla nich walczę z okrutnymi przeciwnościami. Pod moją opieką jest obecnie 120 zranionych istnień. Psy, koty, zwierzęta gospodarskie. W większości stare, schorowane, niepełnosprawne, głęboko okaleczone przez człowieka.
Przyjmuję pod swój dach te istoty, na których inni postawili już krzyżyk i skazali na śmierć. Walczę o nie, gdy wszyscy inni tracą nadzieję i odwracają wzrok. Każde z nich to osobna historia potwornego cierpienia i wywalczonego cudem życia. Pies z krwotocznym zapaleniem jelit. Dramat, przez który nie prześpię tej nocy.

Nasz kochany Bubu. Wystarczyła chwila nieszczęśliwego wypadku – źdźbło słomy wbiło mu się głęboko w skórę. Rozwinął się z tego potworny ropień. Bubu musiał przejść poważną operację, a potem przez kilka długich tygodni przechodził bolesne, codzienne i niezwykle kosztowne leczenie.

Nasz niewidomy Fredi. Ten bezbronny psiak żyje w całkowitej, wiecznej ciemności, a teraz los dołożył mu kolejny ból. Od dwóch tygodni Fredi zmaga się z ciężkimi problemami z układem pokarmowym. Jest w trakcie intensywnego leczenia, które kosztuje fortunę, a ja patrzę na niego i pękam z żalu.
Nasza uratowana klacz Lu. Niedawno stanęliśmy na rzęsach, by wykupić ją prosto z drogi do rzeźni.

Pies z przeciętą tchawicą. Trafił do nas w stanie krytycznym, uciekając przed śmiercią, po wpadnięciu we wnyki. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. Nie poddaliśmy się i dzięki skomplikowanemu leczeniu – żyje.


Kot z rozpołowioną żuchwą. Kolejna ofiara wypadku lub ludzkiego okrucieństwa. Składany po kawałku przez chirurga, uczący się życia na nowo.


Uratowaliśmy im życie, ale codzienna walka o ich zdrowie doszczętnie zniszczyła nas finansowo. Dziś stanęłam pod ścianą. Zadaję sobie pytanie, które rani mnie jak nic innego. Co zrobię, kiedy brak pieniędzy wykończy mnie całkiem? Zaprzepaści lata naszej wspólnej pracy?

Co stanie się z Bubu, niewidomym Fredim i resztą tych wszystkich kalekich, bezbronnych istot? Kto ich przytuli, gdy mnie i Was zabraknie w tej walce?
Sytuacja jest dramatyczna i nie mam już siły udawać przed światem, że daję radę. Nie daję rady. Finansowo i psychicznie jestem na samym dnie. Dobiłam do momentu, którego bałam się najbardziej w życiu. Skończyła się karma, nasze magazyny są puste. Patrzę na 120 pyszczków, w tym na zwierzęta wymagające specjalistycznego żywienia, i mam puste ręce.

Ogromne długi w lecznicach. Telefony z klinik weterynaryjnych nie milkną. Dzisiejszy nocny powrót z psem z krwotocznym zapaleniem jelit, skomplikowana operacja i tygodnie leczenia ropnia u Bubu, intensywna terapia niewidomego Frediego, operacje tchawicy i żuchwy... Nie mówiąc już o badaniach kwri, profilaktyce, kastracjach. To wszystko wygenerowało faktury, które urosły do gigantycznych rozmiarów. Jeśli natychmiast ich nie opłacimy nie wiem, jak spojrzę lekarzom w oczy. Już teraz jest mi potwornie wstyd.
Los uderzył w nas z podwójną siłą. Moje auto azylowe uległo wypadkowi i zostało zniszczone. Zasłabłam za kierownicą i uderzyłam w drzewo. Zmęczenie, stres, ile można? Spędziłam czas w szpitalu, a samochód nie nadaje się do jazdy. Bez samochodu jesteśmy jak bez rąk – jak mam dowieźć w środku nocy psa z krwawieniem do lecznicy? Jak mam odebrać karmę? Ten wypadek odebrał nam ostatnie grosze na przeżycie i resztki stabilności.


Bardzo proszę, pomóżcie mi przetrwać... Nigdy nie prosiłam o nic dla siebie. Sama żyję w cieniu, a wszystko, co robię, robię głównie dla nich.
Podporządkowałam im całe swoje życie, byle tylko te skrzywdzone przez człowieka istoty były bezpieczne. Moja codzienność to praca ponad ludzkie siły, miliony wylanych w ukryciu łez, pęknięte serce, ból i cierpienie. Ale gdy patrzę na te ocalone istoty, wiem, że to miało sens.

One stracą wszystko. Dla chorych, niepełnosprawnych zwierząt brak leczenia i jedzenia to wyrok. One nie mają dokąd pójść. Nie mają nikogo oprócz mnie i Was.


Błagam, pomóżcie nam dalej trwać. Pomóżcie mi walczyć i działać dla tych, którzy sami o pomoc poprosić nie potrafią, którzy potrafią jedynie cierpieć.
Każda, nawet najmniejsza wpłata, każde udostępnienie to dla nich szansa na życie. Nie pozwólcie zgasnąć naszemu azylowi po 10 latach tak ciężkiej walki... Nie pozwólcie, by ten dom i nasza stodoła, które z takim trudem zmienialiśmy w raj dla zwierząt, opustoszały...
Ładuję...