Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Moje serce pęka z bezsilności. Konto Azylu Masz Nosa jest puste, a pod moją opieką są dziesiątki chorych, starych i niepełnosprawnych zwierząt.
W takim miejscu jak to nie ma dobrego momentu na kryzys. Choroby, postępująca starość i niepełnosprawność nie poczekają na lepsze czasy... Nie da się ich odłożyć na później ani zaplanować. Trafiają do mnie istoty skrzywdzone przez życie – dopóki nie znalazły się tutaj, ich los nikogo nie obchodził. Teraz są całkowicie zależne ode mnie.

Pomagam każdemu. Nie wybieram, nie kategoryzuję i nie dzielę zwierząt na ważne i ważniejsze. Kiedy w jednym momencie natychmiastowego leczenia i diagnostyki potrzebuje kilkunastu podopiecznych, moja praca trwa 24 godziny na dobę.
Starość nie minie, a kalectwo nie zamieni się w cudowne ozdrowienie. One nie są winne temu, że konto azylu świeci pustkami. Często z bezsilności brakuje mi tchu, stojąc pośród bezbronnych stworzeń, które patrzą na mnie z nadzieją. Jestem tu po to, by zabierać ich ból i dawać miłość. Ale same chęci i wielkie serce nie opłacą faktur w lecznicach...
To nasz moment krytyczny. Jeśli nie zażegnam tego kryzysu, ucierpi całe stado.

Mam niewiele czasu, by ogarnąć ten kryzys! Na ten moment zaległość w jednej klinice weterynaryjnej to 50 tysięcy złotych! A to kilka naszych ostatnich historii:
Sonia.

17 lat. Guz był wielkości grejpfruta, sączący się krwią z ropą. Wyglądało to fatalnie, o zapachu już nie wspominając. Guz musiał sprawiać suczce ogromny ból. Przeszła zabieg mastektomii, walczymy z brakiem apetyty i ogólnym wyniszczeniem organizmu.
Fox.


W bezruchu, jakby jego czas stanął, a życie posypało się z minuty na minutę. Duży silny pies, kiedy pojechaliśmy na miejsce był całkowicie bezbronny. Nie mógł stanąć o własnych siłach na tylnych łapach. Poddał się. Nie chciał gryźć, ani uciekać. Jego przerażone, smutne, ale jednocześnie pełne nadziei oczy patrzyły z prośbą o ratunek. Na szyi miał obrożę, z dużym kółkiem, jak dla krowy. Z pewnością nie po to, by prowadzić go obok siebie na smyczy przy codziennym, wesołym spacerze. Cała tylna noga była wręcz wbita w miednicę. Ucisk na nerwy, całkowity brak możliwości ustania na tylnych łapach.
Minęły 2 miesiące, a Fox biega i ma się świetnie!
Bochen.

Wpadł pod koła niespodziewanie. Zero czasu na hamowanie, odbicie kierownicą, wpadł prosto pod auto...
Był w szoku, leżał w kałuży krwi. Oddychał ciężko, nie można było nawiązać z nim kontaktu. 20 minut drogi do kliniki, ciężko było ocenić czy w ogóle przeżyje podróż. Na miejscu okazało się, że obrażenia są okropne. Uszkodzone oko, wybite zęby, rozjechana łapa, 4 złamania w drugiej... Potrzaskana była również miednica.
Dżerk.



Mały, około 10-kilogramowy psiak, który był szarpany przez dużo większego od siebie psa w typie owczarka! "Rzucał nim jak workiem. Kiedy podbiegłem, to dusił go, a ten leżał sztywny, jak deska" - opowiadał nam pan, który go uratował. Pod dłuższą sierścią kryło się mnóstwo kleszczy i co najgorsze ran. Szarpanych, okropnych ran, z których sączyła się krew. Psiak załatwiał się pod siebie. Leżał bezwładnie z otwartym pyskiem, z którego kapała ślina. Cała szyja wokół była poszarpana i pogryziona. Noga też.
Slipi


71 kleszczy na ciele. Błąkał się od paru miesięcy w jednej z łódzkich wsi. Był przeganiany przez ludzi. Przywiązali mu sznurek z puszkami do szyi, by uciekł i nigdy nie wrócił. Potykał się o nie, a jedna utknęła na parę dni na jego łapie. Od tej pory nie dawał do siebie podchodzić.
To tylko kilka historii z ostatnich tygodni, one nawet w połowie nie oddają skali bólu i cierpienia, którego doświadczają zwierzęta, które tutaj przyjmuję.


Oprócz psów i kotów uwielbianych przez ludzi, są też ze mną zwierzęta gospodarskie, które nie dostają aż tak wielkiego wsparcia i pomocy, nie wzbudzają emocji, a one przecież też czują i chcą być zauważone...



Dziś stoję jak w ślepej uliczce. Brakuje mi środków nie tylko na leczenie, ale też na inne rzeczy, jak zapewnienie suplementów, jedzenia i wszystkich rzeczy niezbędnych do funkcjonowania azylu.
W moim azylu leczenie i opieka nigdy się nie kończyła – to codzienna walka o komfort, życie i godną starość tych, którzy sami o pomoc nie poproszą.


Niedawno pożegnałam Kaję – suczkę na wózku, która odeszła spokojnie, bez bólu, wśród tych, których kochała. Była dla mnie symbolem siły i motywacji. Zostawiła po sobie pustkę, ale też wspomnienie, że jeśli bardzo się czegoś chce, to można osiągnąć to, jeśli się nie poddamy.

To moja codzienność – troska, walka, podejmowanie decyzji i trudne pożegnania. Każdy z moich podopiecznych wymaga stałej opieki: leków, weterynarza, odpowiedniego żywienia.
Tych potrzeb nie da się odłożyć. Miesięczny koszt utrzymania to niemal 50 000 złotych. Samej, bez Was naprawdę ciężko będzie mi zadbać o tych, którzy już uwierzyli, że są bezpieczni i zaopiekowani na zawsze.
Ładuję...