Wyrwano mu 1/3 kręgosłupa. Umierał z bólu

Wsparło 391 osób
8 634,64 zł (132,84%)

Rozpoczęcie: 9 Czerwca 2019

Zakończenie: 21 Czerwca 2019

Kochani, wspaniali ludzie o pięknych, dobrych i wielkich sercach !!!

Jak mamy Wam podziękować, gdy słowa to za mało?

Gdy nie umiemy opisać w zdaniach, jak bardzo jesteśmy Wam wdzięczne.

Jak powiedzieć Wam, że każdy z Was jest naszym aniołem.

Kimś, kto w niesamowicie okrutnym świecie w którym cierpienie staje się normą - przywraca nam wiarę, że dobro, choć jest go tak malutko, to jednak istnieje.

Tym dobrem jesteście WY !!!!

Mówimy o tym ciągle i będziemy o tym mówić nadal, by każdy to usłuszał !!!

To Wy i tylko Wy ratujecie te cierpiące stworzenia na drodze których się pojawiłyśmy, a my?

My jesteśmy jedynie przedłużeniem Waszych rąk i głosem Waszych cudownych serc !!!

Boże, jak bardzo Wam DZIĘKUJEMY !!!

<3 <3 <3

Śpieszymy już, by powiedzieć Wam, co dalej z naszym małych bohaterem.

Ratowanie Płotka wzbudziło wiele kontrowersji.

Pojawiały się głosy, że powinien zostać uśpiony i do ów zwolenników "eutanazji - bez dania szansy", nie docierały żadne argumenty.

Tu wyjaśniamy:

- gdyby nie była możliwa pomoc dla niego, jak i dla każdego innego zwierzęcia, które do nas trafia, a jego dalsze życie wiązało by się z bólem, cierpieniem lub choćby znacznym dyskonfortem, nawet świat nie usłyszał by o Płotku, bo natychmiast skróciłybyśmy jego cierpienie.

Takie decyzje, bardzo trudne i bolesne, podejmujemy niestety często, ale wyłącznie po wyczerpaniu wszystkich możliwości pomocy.

Nie jesteśmy Bogami i nie żąglujemy życiem innych istot.

Do takich opinii - uśpić, nie ratować w zasadzie już przywykłyśmy, bo często je słyszymy i nauczyłyśmy się, że nie opinia publiczna decyduje o życiu i śmierci, lecz lekarze weterynarii, diagnostyka i opiekunowie.

Przykre jest dla nas jedynie to, że ci najgłośniej krzyczący, gdy dany zwierzak zaczyna nowe, szczęśliwe życie w zdrowiu, nie potrafią przyznać się do błędu i powiedzieć po prostu: mieliście rację - przepraszam.

Sytuacja Płotka była bardzo cieżka, ale nerwy odpowiedzialne za doprowadzanie bodźców do min.oddawania moczu i kału, nie zostały uszkodzone, a to dawało nam podstawy do wniosków, że będzie dobrze.

Płotek spędził w szpitalu ponad miesiąc.

Rany się wygoiły, obecnie odrasta mu sierść - teraz to malutki meszek.

Nie odczuwa już żadnych dolegliwości bólowych.

Ma apetyt po zbuju, ładnie się wypróżnia i nie ma żadnych kłopotów z chodzeniem - baaa, nawet super szybko spitala.

Umarłby - bez cienia wątpliwości i to w strasznych męczarniach, ale lekarze i personel szpitala dokonali jak zwykle cudu.

Oficjalnie ogłaszamy - Płotek jest już w pełni zdrowy !!!

Niestety, mimo codziennej pracy z behawiorystą, jest jednym z tych kotków, które dzikość mają we krwi i nie da się oswoić.

Zero szans - piszemy to, bo się na tym naprawdę znamy!

Jest dziki i już i jeśli sam nie zechce się choć ciut oswoić, nic i nikt tego nie zmieni.

Panicznie boi się też psów.

Jednak chyba poza Wami, czuwa nad nim jakaś dobra moc.

Zastanawiałyśmy się, co zrobić.

Mógłby mieszkać z nami, jak inne dzikuski, które żyją sobie w naszym ogrodzie i latają po polach, ale...

mamy psy.

Jego lęk przed nimi wzbudzał w nas obawy, że nie przystosuje się do miejsca w którym jest 40 psiaków.

I wtedy zgłosiła się do nas osoba współpracująca ze szpitalem w którym był Płotek.

Znała go, odwiedzała i podjęła dezyzję o jego adopcji. :)

Osoba ta ma warunki dla dzikiego kota i zna się na rzeczy, tak więc po sprawdzeniu wszystkiego, doszłyśmy do wniosku, że to dla niego idealne rozwiązanie na dalsze, szczęśliwe życie w dodatku blisko szpitala :)

Bez wątpienia coś nad nim czuwa :)

Za zebrane środki opłacimy faktury za Płotka i Manię, a jeśli coś zostanie, kupimy dobrą karmę dla niego i naszych pozostałych kotków.

Dlaczego "za Manię"?

Manieczkę, której mimo desperackiej walki nie udało się nam uratować, a o której też chciałyśmy Wam opowiedzieć.

Walczyłyśmy o nią jak lwice.

Mania była cudowną szylkretką, kotkiem wyjątkowym.

Trafiła do nas... och, musimy Wam o tym napisać, bo nie zasłużyła na zapomnienie i cudownie by było, gdyby ktoś o niej ciepło pomyślał.

Miałyśmy sąsiadkę.

Kobieta była samotka i umierała na raka.

Pani Ania któregoś dnia przyszła do nas, choć nie mamy pojęcia jak w jej stanie znalazła na to siłę i powiedziała, że Mania jest jej całym światem.

Że tylko ona trzyma ją jeszcze przy życiu (jezu, płaczę pisząc to :( , ale jej czas się kończy i prosi nas, żebyśmy zajęły się Manią, gdy odejdzie.

Kilka dni później zmarła :(

Mania trafiła do nas.

Szybko się przyzwyczaiła i była cudnym koteczkiem.

Zachorowała nagle na ostrą niewydolność nerek.

Parametry leciały na łeb na szyję.

Gdy nerki się poprawiały, siadała wątroba.

Boże, jak my o nią walczyliśmy...

I któregoś dnia zadzwonił telefon ze szpitala z informacją, że wszystko zaczyna odmawiać posłuszeństwa i czekają na decyzję.

Chciałyśmy natychmiast jechać z Częstochowy do Katowic, by być przy niej w tych ostatnich chwilach, ale zapytałyśmy, czy w tej chwili cierpi.

Odpowiedź była twierdząca.

Droga, to przy łamaniu przepisów ok. 40min.do godziny.

Tak chciałyśmy przy niej być, ale...

Ona cierpiała i z łazami poprosiłyśmy o natychmiastowe skrócenie jej tego cierpienia, poroszą, by Patrycja (opiekun w szpitalu) pocałował ją w główkę, bo bardzo to lubila...

Pocieszałyśmy się tym, że Pani Ania chciała mieć już Manię przy sobie...

Tak Kochani - nawet nie wiecie ile razy musimy podejmować takie decyzje.

Normalni ludzie cierpią po stracie jednego zwierzęcia, a my mamy ich setki i...

do tego nie można się przyzwyczaić.

To nigdy nie boli mniej.

Więc gdy widzimy, że szansa na pomoc jest - walczymy !!!

Mania [*]

Pomogli

Ładuję...

Wsparło 391 osób
8 634,64 zł (132,84%)