Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Pierwszy dzień naszego krótkiego urlopu. Wszystkie psy zapakowane do auta, wyjeżdżamy z Warszawy i na wysokości Radziejowic staje mi serce. Pies na trasie, biega spanikowany po ulicy. Zatrzymujemy auto, Kamil zostaje w środku z naszą ujadającą bandą, a ja biegnę. Pies leci przed siebie, nie odwraca się, nie słyszy mojego nawoływania bo jest za daleko i za głośno. Co kilka sekund wybiega na ulicę, a ja ledwo na to patrzę, bo mam ochotę odwrócić głowę kiedy myślę wielokrotnie, że zaraz nic z niego nie zostanie. Pościg trwa już kilka minut, udaje mi się go jakimś cudem dogonić i zapędzić w bok. Pies staje przy siatce na trasie, zastyga. Ja próbuję się zbliżyć, gadam, prawie się czołgam. Aż w końcu jestem metr od niego i czuję, że jeszcze jeden ruch i pies zwieje. Nie ma co za bardzo analizować i myśleć, rzucam się na niego i myślę, że choćby nie wiem co, nie mogę go puścić bo mi ucieknie i już koniec. Pies mnie gryzie, ale go obezwładniam i tak zastygamy. Kamil w miedzyczasie przeorganizował przestrzeń w samochodzie tak, że udaje nam się w miarę bezpiecznie dopchać jeszcze jednego psa. Wsiadamy, zamykam drzwi od samochodu i chce mi się płakać - ze szczęścia. Mamy go!

Sprawdzam mu w samochodzie czip, no jest, o dziwo- zarejestrowany. Oglądam jeszcze psa na szybko. Chudy, odwodniony, brudny, pełno kleszczy, ale nie ma tragedii. No dobra, dzwonię. W słuchawce odzywa się starszy Pan, który w ogóle nie rozumie, co mówię. W końcu przekazuje słuchawkę swojej żonie. Rozmawiam z Panią i dowiaduje się, że pies ma ok 4 lat i w zasadzie cały czas im ucieka i oni mają go już dość. Jak chcę, mogę go sobie zabrać. Aha. Kończę rozmowę, bo w sumie to ledwo oddycham, a pies, nie wiem, jedzie z nami na wakacje, bo terminy- czas i wszystko. Cyrk. Dobra, trudno.

Gościu leży w moich nogach w samochodzie. On przerażony i my.

W końcu zasnął z wycieńczenia.
Psa nie oddamy, pies zostaje pod naszą opieką, okej. Ogarniemy i znajdziemy nowy dom. Dojechaliśmy na miejsce, nasze psy w izolacji z koleszką. Ogarnęliśmy szelki, smycz (pies zamrożony, nie znał tematu), ogarnęliśmy weterynarza i całą profilaktykę i przegląd. W międzyczasie jeszcze raz zadzwoniłam do ludzi, na spokojnie i na dłużej pogadać. O zrzeczeniu się psa, o tym, żeby sobie odpuścili już zwierzęta, plus czy potrzebują pomocy z innymi. Nie mają innych, był tylko on. No i okej, za jakiś czas zweryfikujemy, adres mamy.

Nie był zachwycony u weterynarza, ale załatwiliśmy wszystko, co potrzeba.
I teraz tak: pies dostał od nas imię Radosław. Radzio. Takie kompaktowe 15 kg, bardzo sympatyczny i szczerze zszokowany, że piesek może na łóżko, że ta miska to taka pyszna i pełna, że można gdzieś iść razem i w ogóle to ta smycz nie najgorsza.
Urlop spędził z nami, w sumie on urlopował, a ja żyłam w stresie, bo w tej przestrzeni ciężko było ogarnąć tyle psów i jeszcze Radosława, którego nie znamy, a on nie ogarnia i nie umie się zachować i chce zjeść nasze psy. Wrócił z nami, nie mogliśmy zostawić go w domu z bandą, więc jeździł ze mną do pracy. Szybko się uczy. Daliśmy radę.

Gościu w szoku, że można być w domu w środku.

Radosław ze mną w pracy.

Łóżko jak się okazuje, też super. :)
Ponieważ Radzio kompletnie nie ogarniał bomby, był psem ewidentnie wiejskim, łazikującym wszędzie i nie znającym w ogóle tematu życia z człowiekiem - trafił do hotelu z behawiorystą. Po ogarnięciu jego psychy i nauce podstaw, czeka go kastracja i może jechać do domu. Pies- jest super! Radosław jest przekochany i już jest w hoteliku.
Kompletnie nie planowaliśmy kolejnego psa, wręcz przeciwnie, mamy ich za dużo.
Cholera, pomożecie nam? W sprawie adopcji Radosława można pisać już teraz amicus_canis@interia.pl
Ale przede wszystkim potrzebujemy teraz środków na weterynarię, badania, profilaktykę: szczepienia, kleszcze, kastracja, na karmę i hotelik.
Ładuję...