Zimowe koty działkowe

Wsparło 5 osób
68 zł (1,36%)
Brakuje jeszcze 4 932 zł
Adopcje

Rozpoczęcie: 12 Lutego 2026

Zakończenie: 10 Kwietnia 2026

Godzina: 23:59

Zima dla wszystkich jest przykra. Problem bezdomności zwierząt dotyczy raczej kotów, ponieważ błąkające się watahy psów, stanowiące realne zagrożenie dla mieszkańców, są odławiane przez specjalne służby.

Obecnie głośno jest o patoschroniskach. Przy okazji afer dotyczących sposobu funkcjonowania wszelkich prywatnych i budżetowych schronisk powstał nowy termin, który kojarzy się stosownie do okoliczności.

Kwestie zwierząt zawsze bulwersują działaczy społecznych, szczególnie kiedy dochodzi do ewidentnego naruszenia nie tylko zasad przypisanych do obowiązków tego rodzaju instytucji, ale także zdrowia i dobrostanu, który normują zapisane w ustawie paragrafy.

Cały kraj bulwersują coraz to nowe sytuacje, ujawniane okoliczności oraz sensacje, jednak w centrum tych zdarzeń nadal priorytet mają psy. O kotach wspomina się zdawkowo, jakby przy okazji, sprowadzając temat opieki nad nimi na margines trwającej burzy.

Niewielu zwierzolubów ma świadomość, że sytuacja kotów jest o wiele trudniejsza. Nie stanowią porównywalnego zagrożenia dla społeczeństwa, a bytujące stada środowiskowe z reguły czmychają przed ludźmi, a nie atakują.

Żyją obok — karmione przez opiekunów lub żywiące się resztkami, które znajdą w śmietniku.

Kociarze starają się zmienić ich położenie, biorąc udział w akcjach refundowanych przez urząd miasta, współpracując z fundacjami lub ze służbami mundurowymi, jednak same zabiegi kastracji nie rozwiązują problemu.

Kłopot opiekuńczy nad stadem bytującym w środowisku nie sprowadza się tylko do trudności z zapewnieniem odpowiedniej karmy. Tę kwestię karmiciele raczej rozwiązują we własnym zakresie. Ci posiadający legitymację społecznego opiekuna otrzymują okazjonalne wsparcie z urzędu, a niektórzy — poprzez czynną pracę w organizacji — korzystają z jej pomocy. Każdy stara się w sposób dla siebie najlepszy pozyskać wsparcie.

Problem z kotami środowiskowymi zaczyna się w chwili, kiedy opiekun rejestruje pogorszenie ich kondycji zdrowotnej. Koty, nawet nie mówiąc, potrafią doskonale pokazać, kiedy zaczyna się coś złego dziać z ich organizmem. Utrata masy ciała, ospałość, apatia, brak apetytu oraz przyjmowana pozycja bólu — nawet podczas czuwania — powinny natychmiast wzbudzić czujność człowieka.

I w tym momencie opiekun staje przed dylematem — zdaje sobie sprawę, że kot cierpi, ale przed działaniem pomocowym blokuje go wizja związanych z tym kosztów weterynaryjnych.

Poziom cen usług weterynaryjnych znają wszyscy, którzy mają pod opieką zwierzęta. Nie gra roli, jakiego gatunku jest nasz przyjaciel, ponieważ decydując się na konia, kota czy psa rasowego, wiemy, na jakie koszty musimy być przygotowani — nie tylko w przypadku choroby, ale także w związku z klasyczną profilaktyką i rutynowym monitoringiem stanu zdrowia.

Przy kotach mających status wolno żyjących sytuacja jest kompletnie inna i bardziej skomplikowana. Program miejski corocznie wpisuje w kosztorys pewną kwotę, która refunduje niektóre zabiegi medyczne. Zaliczają się do nich operacje kostne, enukleacje oczu czy sanacje zębów. Leczenie kociego kataru generalnie kończy się bardzo szybko i wystarcza tylko na zaopiekowanie się miotami wiosennymi. Koty dorosłe albo otrzymują pomoc od organizacji, albo opiekunowie starają się samodzielnie ponieść koszty. Jest to nienormalna sytuacja, która jest publicznie jawna, jednak od lat nie podjęto żadnych ustaleń nowelizujących działania w tym zakresie.

Leczenie kociego kataru nie uwzględnia dodatkowej diagnostyki — opłat za testy, morfologię, RTG czy USG.

Samo zmierzenie temperatury ciała oraz ocena stanu zdrowia w gabinecie nie pozwalają na uzyskanie szczegółowych informacji, które w zasadniczy sposób wpłynęłyby na rodzaj terapii.

Antybiotyk oraz krople do oczu czy nosa w przypadku stwierdzenia ropy lub kataru to jedynie rutynowe czynności zachowawcze. Brak budżetu na testy powoduje marnowanie i tak już z roku na rok okrojonych środków przeznaczonych na zwierzęta.

Często leczymy widoczne objawy chorobowe, a te faktycznie groźne pozostają pominięte, dopóki nie rozwiną się i nie zainfekują większej populacji stada. Mam na myśli choroby wirusowe i zakaźne. Panleukopenia, grzybica czy białaczka to nadal przypadki pojawiające się każdego roku. Środki z potocznie zwanej „akcji”, czyli programu ograniczania bezdomności, kończą się w połowie lata, a na miesiące, kiedy starsze koty szczególnie chorują, pieniędzy już brakuje.

Przykre jest, że brak konstruktywnej konsultacji urzędników z organizacjami powoduje, iż budżet rozpisany jest nieproporcjonalnie do potrzeb.

Każdego roku, przeważnie od września, koty bytujące w środowisku pozostają wyłącznie pod opieką osób prywatnych lub organizacji.

Zmuszeni jesteśmy do zbierania pieniędzy na portalach pomocowych — potrzeb nadal jest wiele, kociego nieszczęścia i biedy również.

Nad małymi, słodkimi kociętami każdy uroni łzę — serce drży, a umysł postanawia pomóc przelewem na zbiórkę. W przypadku starych, schorowanych kotów takich empatycznych odruchów jest mniej. Pisząc aukcje, których ideą jest ratowanie życia, mam rozeznanie i smutne doświadczenie, że niewielu ludzi rozumie, jak bardzo to właśnie im należy pomóc.

Stare, przeganiane, migrujące w poszukiwaniu schronienia i miski karmy, zawsze znajdują się na końcu hierarchii stada — takie są reguły natury.

Historia czarnego kota, który nawet nie miał imienia, zaczęła się pewnego zimowego dnia, kiedy ktoś zadzwonił w trakcie dyżuru z pytaniem, czy mogę jakoś pomóc.

Zbyt wiele słyszałam podobnych relacji, więc uruchomiłam akcję pomocową. Już następnego dnia kot trafił do kliniki. Lekarz nie pominął żadnej kwestii przed podjęciem decyzji. Profil geriatryczny był słaby, koci katar się przyplątał — to jeszcze nie kwalifikowało do eutanazji. Decydujący był poziom cukru przekraczający 500 jednostek oraz obraz wątroby i trzustki przypominający sito.

Ten kot w nieszczęściu miał szczęście — trafił do opiekuna współpracującego z Fundacją. Szybka diagnostyka i kres bólu były jedynym humanitarnym rozwiązaniem. Interwencja pochłonęła duże koszty, ale nie było innego wyjścia. Boję się myśleć, ile takich kotów cierpi w ciszy. Rak trzustki boli — wiedzą to wszyscy, którzy czytali opracowania medyczne lub relacje chorych.

Wielu opiekunów żyje z poczuciem winy, gdy nagle znajdują martwego kota, którego karmili. To, że nie mówią o tym głośno, nie znaczy, że ich to nie dręczy. Nie każdy stary kot umiera na raka — czasem to zapalenie płuc, czasem po prostu starość. Bieda, niemoc i urzędnicza bezwładność zabierają kocie życia zbyt wcześnie. Starość nie powinna oznaczać życia w bólu. Największe dramaty dzieją się tam, gdzie kończy się empatia, a zaczynają decyzje oderwane od realiów życia kotów.

Kochani, bardzo prosimy Was o wsparcie w ratowaniu środowiskowych kotów, szczególnie w tak trudnym czasie, jakim jest zima. Potrzebne są pieniądze na leczenie i diagnostykę, na morfologię, testy, UGS, RTG oraz pobyt w szpitalu. Każda pomoc ma znaczenie.

Pomogli

Ładuję...

Organizator
1 aktualna zbiórka
223 zakończone zbiórki