Dom tymczasowy "Czarny Kot" potrzebuje pomocy

Closed
Supported by 98 people
2 023,72 zł (44,97%)

Started: 02 October 2018

Ends: 15 April 2019

Hour: 23:59

Thank you for your support - every penny counts.
Together we have great power!
As soon as we receive the result of the action, we will post it on the site.

Dom tymczasowy "Czarny Kot"” istnieje od 7 lat. Trochę długa historia, ale – proszę - przeczytajcie.

Kiedyś szaleństwem było nazywać moje mieszkanie domem tymczasowym, bo było to zaledwie 35 m. Za to 35 m kociego szczęścia, miłości. W domu przebywały koty wolno żyjące podczas leczenia, koty potrzebujące opieki po sterylizacji. Były też koty czekające na adopcję – fantastyczne miziaki oraz podopieczni potrzebujący więcej czułości, czyli dzikuski wymagające socjalizacji. Swoje miejsce miały te, którym domu znaleźć się nie udało, bo się nie oswoiły, bo były starsze, chore. Były chore maluszki.

Czasami – zwłaszcza w miesiącach letnich, kiedy zwierzaki wyrzucane są nagminnie – to, co działo się w domu tymczasowym można naprawdę nazwać tylko „szaleństwem”. Dom dosłownie „pękał w szwach”. Przebywało w nim jednocześnie po kilkanaście zwierząt.

Wolontariat pochłonął mnie zupełnie. Udało się uratować wiele kocich istnień. Po kilku latach takiego wariactwa warunki metrażowe poprawiły się, więc kocie urwisy mają dla siebie więcej przestrzeni, ale reszta wcale się nie zmieniła. Nadal moje życie wypełnia przede wszystkim pomaganie kotom. Do dziś pod moją opieką zawsze jest kilkanaście zwierząt, większość w moim prywatnym mieszkaniu.

Część z nich zostanie pewnie na zawsze, bo to dzikuski. Nie dadzą do siebie podejść, drapią i posykują. Malinka i Burczymuszka, które zabrałam z ulicy jako odrośnięte już maluchy, kiedy ich mama zaginęła. Latały po ruchliwych skrzyżowaniu – bezradne, przerażone. Były na tyle duże, że zdążyły zdziczeć, nigdy się nie oswoiły. Ciciusia – zabrana na sterylizację, nie miała dokąd wracać - miejsce bytowania zrównały z ziemią buldożery, w domu odnalazła się, ale żyje z daleka od człowieka. Mami – dokarmiana prawie 10 lat schorowana dzikuska – przy przeprowadzce zabrałam ją ze sobą. Julka Kulka – przyszła nie wiadomo skąd. Pojawiła się pod drzwiami – wygłodzona, wrzeszcząca, postrzelona. Z raną i śrutem w boku. Do domu wpakowała się sama, do człowieka podejść nie chce. Udało się kotkę uratować. I Julka została – nie zamierzała się już nigdzie wyprowadzać, wracała co wieczór. Docenia kanapę i michę.

Część ekipy czeka jednak na dom z większą nadzieją – to kontaktowe, domowe futrzaki. Toluś rozrabiaka, którego zabrałam z działek w stanie fatalnym, nie przeżyłby tygodnia, dziś zdrowy i mocno żywotny, Mania – porzucona pod blokiem, płacząca na drzewie, przerażona, bita przez inne koty – staruszka. Pasek – pozostawiony na Pekinie z powodu przeprowadzki, Dzidzia, która po sterylizacji miała wrócić na Pekin i czekać, aż zburzą do reszty jej „dom”. Mimi, którą wyrzucono przy budkach w miejscu, gdzie dokarmiam koty. Pojawiła się znikąd, dopadła do miski, a potem nie chciała odkleić się od człowieka. Rudy Cepeenek - szukał pomocy klejąc się do ludzi na stacji benzynowej.

W domu tymczasowym "Czarny Kot" nadal przebywają także koty wolno żyjące, które potrzebują diagnozy weterynaryjnej, leczenia, zabiegów i operacji oraz opieki pooperacyjnej - jak kroplówki, zastrzyki, leki. Po całkowitym wyleczeniu zdrowy już kot wypuszczony jest w miejsce bytowania. W tym momencie są: Pszczółka (wyniszczenie, kosmiczne ilości insektów, zęby), Zosia z Hutniczej (krew, ropa w pyszczku), Marynarz (ogromny ropień, zakażenie łapki).

Wiele takich kotów trafia do mnie w efekcie akcji „sterylizacje”, w której biorę bardzo czynnie udział. Wyłapuję na zabiegi dziesiątki kotek rocznie. Wypuściłam już dziesiątki wyleczonych kotów. Drugie tyle oswojonych pojechało do domów stałych. Kilku podopiecznych mam w zewnętrznych domach tymczasowych/lecznicach. Obecnie to Noska, porzucona na Pekinie – miziak nad miziaki! Grubasek Dyzio - marzyciel i Kropka błąkająca się na dyskontowym parkingu – gaduła i przylepa.

Potrzeby są ogromne. 99% przyjmowanych przeze mnie zwierząt jest chorych, zdarza się, że chorują te, które już są. Do tego opieka nad dzikuskami. Zabiegi. Ostatnio – co chwilę stomatolog. Czasami hotel w lecznicy, jak w domu brakuje już możliwości. U weterynarzy zostaje co chwilę kilkaset złotych. Karma dla kilkunastu kotów – sucha, mokra, czasami weterynaryjna. Żwir do 7-9 kuwet. Aby pomagać trzeba mieć środki. Miesięcznie to kwoty czterocyfrowe. Różne, ale raczej więcej niż z 1 z przodu.

Jestem pod taką kreską, że aż strach. Kieruję się często sercem, nie potrafię zostawić chorych zwierząt na poniewerkę. Kiepska ze mnie księgowa. Często jest tak, że pobyt u mnie jest jedynym kołem ratunkowym dla kota. Czekałaby go śmierć na ulicy. Nie potrafię być obojętna. By dalej działać, by zabezpieczyć obecnych podopiecznych bardzo potrzebuję Waszej pomocy. Nie ma funduszy na pokrycie obecnych kosztów, nie ma na karmę, żwir weta. Bardzo prosze o pomoc.

wolontariuszka PKDT - Wioletta K.

Supporters

Loading...

Organiser
0 actual causes
681 ended causes
Supported by 98 people
2 023,72 zł (44,97%)