Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Manifest Kotów Prezesowej — 100 istnień, których nikt nie chciał widzieć. Nie wiemy już, kiedy przekroczyłyśmy granicę. Wiemy tylko, że ona istnieje, bo ciało ją pamięta. Bo psychika się kruszy. Bo noc nie kończy się snem, tylko kroplówką.
Bo mieszkanie przestało być mieszkaniem, a stało się izbą przyjęć. Nie jesteśmy schroniskiem. Nie mamy etatów. Nie mamy budżetu gminy. Nie mamy instytucji za plecami. Mamy koty. 100 kotów. 100 istnień, które nie przyszły do nas z bajki o ratowaniu. One przyszły z miejsc, gdzie życie było tylko powolnym rozpadem. One nie są „ładne”.

One nie są „instagramowe”. One pachną biedą. Są koty, które przewracają się z głodu, bo mięśnie nie trzymają już ciała. Są koty z ropą cieknącą z nosa tak długo, że futro wokół pyszczka jest twarde jak skorupa. Są koty z oczami zamkniętymi od zapalenia, które od miesięcy widziały świat tylko przez ból. Są koty z gnijącymi zębami i stanem zapalnym całej jamy ustnej, które jadły, choć każde przełknięcie było cierpieniem. Są koty ze świerzbem, wszołami, łysymi płatami skóry — brudne tak, że człowieka cofa od zapachu zaniedbania. Są koty, które oddychają jakby przez wodę, bo płuca są w stanie zapalnym. Są koty z anemią, z nerkami, które już nie filtrują życia. Są koty z FIV, FeLV, z odpornością rozwaloną na strzępy. Są koty po cichu umierające na FIP, chorobę, która wraca do nas jak wyrok.

I kiedy patrzysz na takie zwierzę, nie pytasz o regulamin. Nie pytasz, czy gmina zabezpieczyła środki. Nie pytasz, czy program opieki przewiduje „ten przypadek”. Po prostu bierzesz. Bo co masz zrobić? Zostawić kota, który ledwo oddycha, na zimie? Powiedzieć: „przykro mi, nie mam miejsca”?
Rozpacz nie pyta o metraż. A potem stajesz pod ścianą. Bo nagle masz 100 misek. 100 kuwet. 100 historii, które nigdy nie powinny były się wydarzyć. I świat mówi: „jakie macie serce”. Ale my nie potrzebujemy podziękowań. My potrzebujemy systemu, który działa. Bo kot w Polsce jest istotą poza procedurą.

Pies jest interwencją. Kot jest „wolnożyjący”. Kot może umrzeć w krzakach, bo „sobie poradzi”. Kot może konać na zapalenie płuc, bo „to tylko kot”. Kot może zniknąć bez nazwiska, bez rachunku sumienia, bo nikt nie ma rubryki na kocie cierpienie. A przecież kot nie spada z nieba. Kot nie rodzi się znikąd. Kot jest wynikiem zaniedbania, rozmnażania, obojętności. Jest rachunkiem wystawionym przez człowieka.
I rachunkiem odesłanym bez podpisu przez instytucje. My ten rachunek bierzemy. Nie dlatego, że jesteśmy bohaterkami. Tylko dlatego, że ktoś musi. I musimy powiedzieć jeszcze jedno — najtrudniejsze. My nie jesteśmy stowarzyszeniem od „ładnych adopcji”. Nie jesteśmy miejscem, w którym koty stoją w kolejce po nowe domy jak z katalogu: młode, zdrowe, bezproblemowe. Tak nie wygląda nasza rzeczywistość.

U nas nie ma setki kociąt, które znikają w tydzień, bo świat kocha małe futerka. U nas są koty, których nikt nie chce. Bo większość naszych podopiecznych nie jest „adopcyjna”. To zwierzęta stare. Chore. Z przewlekłymi diagnozami na całe życie. Koty z niewydolnością nerek. Z chorobami autoimmunologicznymi. Z FIV i FeLV. Po ekstrakcjach zębów. Z powracającymi infekcjami. Z sercem, które wymaga leków codziennie. Koty wymagające karm specjalistycznych, suplementów, inhalacji, kontroli krwi i wizyt, których nie da się „odłożyć na później”. A ludzie — i trzeba to powiedzieć bez udawania — najczęściej nie chcą kota chorego.
Bo chory kot to koszty. To odpowiedzialność. To ryzyko. Większość ludzi chce zdrowego młodego kota. Najlepiej kociaka. Najlepiej takiego, który nigdy nie będzie problemem. I dlatego nasze koty zostają. Zostają u nas latami. Zostają do końca. Stają się rezydentami cierpienia, które nie mieści się w adopcyjnych marzeniach. Więc kiedy ktoś mówi: „po prostu znajdźcie domy”, to brzmi pięknie, ale jest oderwane od rzeczywistości. My nie ratujemy kotów „do adopcji”. My ratujemy koty, które miały umrzeć, bo były chore, stare, brudne, niewygodne. My ratujemy tych, których nikt nie wybierze.
Mówimy dziś jasno: Kot nie jest odpadem biologicznym. Kot nie jest „dzikim problemem”. Kot nie jest dodatkiem do posesji. Kot jest życiem. Jeśli chcesz pomóc — pomóż. Adopcją (także wirtualną), wpłatą, karmą, żwirkiem, chemią, udostępnieniem. I naciskiem na gminy, które mają obowiązek finansować opiekę, a udają, że koty nie istnieją.
Bo my już nie możemy być całym systemem. My jesteśmy tylko ostatnią linią obrony przed obojętnością.
Ładuję...