Splot historii, popękanych serc, nadziei i bólu. Nie możemy się poddać, futrzaste 800 łapek trzyma za nas kciuki!

Wsparło 429 osób
18 409 zł (65,74%)
Brakuje jeszcze 9 591 zł

Rozpoczęcie: 29 Września 2022

Zakończenie: 30 Grudnia 2022

Godzina: 23:59

26 Października 2022, 11:10
Frankie

Ewa: "Oto opowieść o kocie, który mimo bólu i wyrządzoncych mu krzywd, potrafił kochać bezgranicznie".

Małe miasteczko w pobliżu Rzeszowa, było marcowe popołudnie dwójka młodych ludzi była na ogrodzie. Usłyszeli rozpaczliwe miauczenie. Coś ruszało się w tujach. Młody chłopak przykucnął i zakicial.. z tui wyszedł rudy kotek. Tulił się mu do nóg i miauczał. Wyglądał koszmarnie.

Cały pyszczek oblepiają czarna zaschnięta ropa o brzydkim zapachu. Młodzi zrozumieli, że kot potrzebuje pomocy. Zapakowali go w koc i podjechali do pobliskiej lecznicy. Niestety po badaniu pani doktor stwierdziła, że bez chirurga i odpowiedniego zaplecza nie jest w stanie pomóc. Że kotek albo do uśpienia albo szukać pomocy w innej lecznicy. Chłopak zadzwonil do swojej cioci (czyli do mnie) bo wiedział, że jest wolontariuszem Fundacji i ma dom tymczasowy. Przysłał zdjęcia kotka. Te trafiły do Pani Prezes Fundacji, która od razu przekazała je do lecznicy. I tak oto Frankie znalazł się pod naszą opieką.

Leczenie było długie, trudne i bardzo kosztowne. Niektórzy nie dawali mu szanas, ale Frankie z każdym dniem zaskakiwał bardziej.

Po 3 miesiącach walki o zdrowie...

"Frankie to wyjątkowy kot. Kot, który naprawdę potrafi kochać. I ludzi i zwierzęta. Nie często spotykamy koty z takim charakterem. Kot prawie umierający, a tulił się do dłoni i lizał te dłonie".

Frankie już w nowym domu :)

Pokaż wszystkie aktualizacje

24 Października 2022, 10:09
Solana

Wiola: "Kiedy zobaczyłam jej zdjęcie podesłane przez jedną z wolontariuszek, serce mi zamarło. Maleńka kotka, uwiązana na sznurku, leżąca w pełnym słońcu. Nie zastanawiałam się czy mamy pieniądze czy nie. Poprosiłam wolontariuszkę o zabranie kotki i przywiezienie do mnie. Jak się później okazało, uratwaliśmy jej tym życie".

Kotka z objawami przegrzania trafiła do kociego szpitala. Jednak przegrzanie to nie był jej jedyny problem. Po kilku dniach zaczęły z niej wychodzić wszystkie choroby jakie można tylko sobie "wymarzyć". Łącznie z grzybicą na koniec.

Ale dzielna mała walczyła. Często zadawaliśmy sobie pytanie czy nie prowadzimy uporczywej terapii, czy może lepiej byłoby pozwolić jej odejść bez bólu. Ale ona wtedy podchodziła do miseczki, jadła i mruczała, jakby chciała nam powiedzieć, że chce żyć i że da radę.

I dała radę! W tej chwili jeszcze kończymy walkę z grzybicą, ale Solana jest już przepiękną kotką, kochającą i życie i człowieka.

I choć faktury straszą kwotami to nie żałujemy :)

30 Września 2022, 10:51
Gucio

Asia: "Z ostatnio przyjętych kotów historia Gucia bardzo mnie poruszyła. Był to kot złapany do kastracji, po czym miał wrócić na ogródki działkowe gdzie przebywał dotychczas. Szybko okazało się, że jest to kot domowy, który świetnie czuje się w mieszkaniu wraz z innymi kotami i lgnie do człowieka. Guciu miał zęby w stanie tragicznym więc umówiłam go na zabieg stomatologiczny. Miał też wyraźnie wyczuwalny guzek na boku. W dniu zabiegu, gdy kocurek wybudzał się już z narkozy, zadzwoniła do mnie Pani doktor. Do dziś pamiętam wyraźnie każde słowo „….te zęby same by się tak nie złamały, ktoś musiał zrobić temu kotu krzywdę, a raczej na pewno, bo owy guzek okazał się być śrutem z wiatrówki…” Łzy stanęły mi w oczach. Dlaczego ktoś tak potraktował naszego Gucia…skrzywdził i wyrzucił na działki. Obiecałam sobie, że już nigdy nie pozwolę by cierpiał, zaopiekuję się nim i otoczę miłością, a wkrótce znajdę mu najlepszy dom na świecie. Z Guciem złapałam szybki kontakt, był bardzo otwarty, ale tylko do kobiet. Mężczyzn panicznie się bał, na ich widok uciekał i chował się. Wystarczyło, że mężczyzna opuścił dom, a kobiecy głos zawołał „Guciu, chodź koteczku” to ten od razu wychodził i nastawiał łepek do pieszczot. Mieszkam sama więc łatwo było mu się zadomowić i poczuć bezpiecznie. Po dłuższym czasie, małymi kroczkami, przekonał się, że nie każdy mężczyzna jest zły. Dziś Guciu jest już we własnym, stałym domu. Mieszka z kobietą i drugim kotem. Ta historia jest doskonałym przykładem tego jak możemy odmieniać kocie życia, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki”

Znacie nas albo i nie... może kiedyś minęliśmy się na ulicy, może pracujemy w jednej firmie, chodzimy razem do szkoły, może mieszkamy przy tej samej ulicy? Wy znacie nas - nas, czyli Fundację Felineus. Ale czy znacie nas jako opiekunów kotów?

Czy znacie nas jako osoby, które w wielu przypadkach oddały część swojego życia kotom? A najważniejsze, czy znacie nas jako ludzi? Tak, o dziwo najłatwiejsze pytanie będzie tym najtrudniejszym. Nasza "praca" to "praca" 24/7. A tak naprawdę to nie praca a charakter i serce, bo skoro robi się to, co się lubi, to można to nazwać pracą? Ponadto "pracą" "tylko" za satysfakcję, ale i nieraz ból, bo jak wiadomo emocje towarzyszą nam od lat, część z nich pokazujemy - radość, dumę, zachwyt, ale większość z nich zostawiamy dla siebie, tworząc kolejne szramki na naszych sercach.

Ta zbiórka będzie inna, nie dlatego że historia jest "inna", dlatego że będą to dzienniki. Dzienniki domów tymczasowych, bo przecież to jest właśnie Felineus, garść ludzi i ich domy oraz serca, które nie potrafią przejść obojętnie obok kota, kociąt, staruszka, niekiedy nieudanego prezentu, czasami "za dużej" zabawki, czasami czegoś, czego nigdy nie powinno być lub przestało mieć miejsce w czyimś domu...

Karolina: Strata nie pierwsza i nie ostatnia, a ból ciągle ten sam: "Była godzina 23, kiedy zadzwoniła do mnie Paulina: "Co mam robić? Ona umiera." Pojechałam jak najszybciej. Leżała na boku, tracąc oddech. Wszystkie lecznice były już zamknięte. Przygotowałam kroplówkę, wzięłam ją na ręce... Odeszła, nim zdążyłam cokolwiek zrobić. Miała na imię Api..."

Asia: "Ostatnio Elizabeth pojechała do lecznicy na zabieg stomatologiczny. Kotka cierpi na przewlekłe, nawracające zapalenie dziąseł. Scaling i ekstrakcja to popularne zabiegi, więc nie martwiłam się zbytnio. Zadzwonił telefon z lecznicy, myślałam, że kotka jest już po zabiegu i będę umawiać się po odbiór. Niestety, okazało się, że podczas znieczulenia u Elizabeth doszło do zatrzymania oddechu i obrzęku płuc. Zabieg przerwano, a kotka w inkubatorze i pod tlenoterapią walczyła o życie. Nogi się pode mną ugięły i zakręciło mi się w głowie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że każda narkoza wiąże się z ryzykiem powikłań, ale Elizabeth dość się już nacierpiała. Uciekła z Ukrainy przed wojną, wygrała walkę z chorobą, przeszła mastektomię, to nie mogło tak się skończyć.... Siedziałam jak na szpilkach w oczekiwaniu na kolejne wieści z lecznicy. Wreszcie zadzwoniła pani doktor, informując, że kotka wybudziła się z narkozy, ale musi zostać na obserwacji w inkubatorze i pod tlenem.

Tak bardzo się o nią bałam, czas oczekiwania dłużył mi się w nieskończoność, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Wieczorem stan Elizabeth był stabilny i mogła wrócić do domu. Miałam jednak ją obserwować i gdyby coś działo się niepokojącego, głównie zaburzenia oddychania, miałam natychmiast jechać do weterynaryjnego szpitala. Nie spałam całą noc, czuwając nad każdym oddechem kotki. Ponowna próba podjęcia zabiegu za 3-4 miesiące. Bardzo się tego boję, ale wiem, że muszę spróbować, bo bez tego Elizabeth będzie bardzo cierpieć."

Renia: "Ten osesek trafił do mojego domu wraz z zastępczą mamą i trójką przybranego rodzeństwa. To była taka mała kulka pełna nieszczęścia. Znaleziony na podwórku, porzucony, dostał drugą szansę. Jak tylko go ujrzałam wiedziałam, że coś jest nie tak. Słaby, nie był w stanie dotrzeć do matki. Dostawiony do jedzenia, nie potrafił już ssać. Nienaturalnie wykrzywiony, popiskiwał cichutko. Nie poddam się! On musi żyć! Choć było już bardzo późno, pobiegłam do lecznicy po specjalne mleko. Karmiony strzykawką nadal nie chciał jeść. On odchodził... Około północy weterynarz zgodził się nas przyjąć. Jedno spojrzenie na malucha... i słyszę diagnozę: wady rozwojowe, niedorozwój. Ja chcę jeszcze walczyć. Bo przecież zawsze jest nadzieja, a cuda się zdarzają! I widzę to w oczach lekarki.... On cierpi. Pozwalam mu odejść. Żegnam się z płaczem. Wychodzę pokonana, a w ręku trzymam pusty kontenerek. Wracam do domu, do dzielnej kociej mamy i pozostałych maluchów. I z całego serca pragnę, mam nadzieję, że im uda mi się pomóc."

Ewa: "48h i przyszło mi stracić Abigail. Abigail w kilka godzin potwornie osłabła. Dziąsła zrobiły się bardzo blade. Kotka pojechała do szpitala, gdzie zdiagnozowano wirusowe zapalenie otrzewnej i potworną anemię. Mimo wdrożonego szybko leczenia kotka umarła, a ja nie wiedziałam jak to jest możliwe... jeszcze 48h temu funkcjonowała normalnie".

Paulina: "Alicja. Umęczona, brudna i wystraszona -  taką ją pamiętam w chwili przyjęcia. Przyjechała z grupą kotów. Już bezpieczne, już będzie dobrze... Dzień jak co dzień, karmienie, sprzątanie ,ale gdzie jest Alicja? Znalazłam ją, spała w budce, ale nie wyglądała dobrze. Szybka interwencja weterynarza i diagnoza - kalcywirus i FIP. Rozpoczęła się walka, ale ile może wytrzymać jedno małe ciałko? Umarła, mimo leczenia i walki. Umarła, ale zapamiętam ją na zawsze jako mruczącego wojownika, bo pomimo początkowego strachu okazała się miziastym mruczkiem. Tak odszedł nam pierwszy kot na tymczasie".

Kolejna historia, kolejne kociaki na tymczasie: "Czy wiesz czym jest strach przed wejściem do kociego pokoju? Ja wiem, ja wiem, jak to jest wchodzić z myślą "czy wszystkie dały radę przetrwać noc". Nocne wstawanie, dyżury nic nie dały. Gdy za rogiem czai się śmierć, zawsze znajdzie moment twojej nieuwagi, by zabrać ze sobą małe kocie życie. Fiona i jej maluchy uciekły przed wojną. Niby najgorsze zostawiły za sobą, a jednak pojawił się kalcywirus i dzień po dniu zabierał kolejne kocięta."

„Jednak w mojej pamięci więcej jest miłych wspomnień, cudownych adopcji, ściskających za serce historii. Zdarzają się też cuda i Mali wielcy wojownicy: Epi - kicia, która trafiła do mnie z mamą Sorellą i razem z nią została adoptowana. 2 tygodnie-tyle czasu czekała na nią kocia i ludzka mama. 2 tygodnie walki lekarzy i tej małej istotki, by teraz być szczęśliwa i cieszyć się każdym dniem.

Ufka - maleństwo, które trafilo pod nasze skrzydła z 4 rodzeństwa. Gdzie jest mama? Tego nie wiemy do dziś. Najmniejsza, najsłabsza z miotu. Najpierw była walka o oczko, któremu przez koci katar groziło usunięcie. Udało się je uratować. Później pojawiła się kalcywiroza... Maluszki umierały i gdy na rękach mojej koleżanki umarła Api, największa i najsilniejsza z miotu, wiedziałam, że Ufi ma małe szanse na przeżycie. Ale dała radę! Chęć życia była silniejsza. Mała i chuda ale żyła, powoli wracała do zdrowia. I nagle pojawił się kolejny przeciwnik, panleukopenia... Strach, ból i łzy. Tyle przeszła, wiedziałam, że żegnając się z nią przy przyjęciu do kociego szpitala, widzę ją po raz ostatni. Byłam przekonana że tak mały okruszek z taką historią choroby nie da rady. Godzina po godzinie, dzień po dniu czekałam na informacje, że jest już dobrze, że będzie żyć. Nikt nie spodziewał się, że w tym małym ciele jest tak wielka wola życia. A jednak Ufcia zaskoczyła nas po raz kolejny. Wyszła ze szpitala i dochodzi do siebie w jednym z domów tymczasowych fundacji. Do pełni szczęścia brakuje już tylko wymarzonego własnego domu z rękami, które będą ją tulić każdego wieczora do snu".

Krystyna: “Zaczęło się to 2 miesiące temu, wtedy już wiedziałam, że białaczkowy Jimmy powoli wybiera się na tamten świat. Lecz gdy nadeszła godzina rozstania płakałam jak bóbr, byłam przy nim do samego końca, zadając sobie pytanie: “Dlaczego?”. Dlaczego ten najcudowniejszy, najgrzeczniejszy i najmilszy kocurek odszedł tak szybko... miał zaledwie trochę ponad 2 lata. Cały biały z czarnym ogonkiem i plamką na główce. Witał każdego gościa, przytulał się do każdego i nigdy na nikogo nie wyciągnął pazurka. Mimo tego wiedziałam, że Jimmiego nie uda mi się już uratować, całe ciałko pożółkło; nosek, dziąsła, poduszeczki łap... ale może tak miało być? Dla mnie jednak to rozstanie było zdecydowanie za szybko”.

To niewielka część historii rozgrywana codziennie w naszych domach, bardzo niewielka, patrząc na ilość naszych tymczasowych, których i tak ciągle brakuje. Możecie teraz zadać sobie pytanie - dla kogo jest ta zbiórka? Dla Nich, tych których już tu z nami nie ma, dla tych, co nadal z nami są, dla tych którzy dopiero do nas trafią.

Wiola: "Jaś - cudowna kocia istota, na szerko rozstawionych nóżkach, wiecznie dziobiąca jedzonko z kocyka lub materacyka. Jaś trafił do nas jak był malutki - bardzo malutki. Ledwo potrafił jeść, nie stawał na łapki. Zdiagnozowana zaawansowana ataksja (zespół móżdżkowy) kwalifikowała go do eutanazji. Ale miał tyle radości w oczach, że nikt nie miał odwagi podjąć takiej decyzji. Przyjęliśmy go do naszego domu. Początki były bardzo trudne. To był nasz pierwszy niepałnosprawny kotek. Nie do końca wiedzieliśmy jak się nim opiekować. Koziołki, które robił przewracając się przerażały. Ale z czasem zauważyliśmy, że Jasiu nie robi sobie krzywdy, że coraz lepiej wychodzi mu chodzenie, wchodzenie na kanapy, a nawet drapaki. Jedyne co musieliśmy mu zapewnić to miękkie materacyki, na które schodził z wyższych partii (kanap, foteli). Zawsz wiadomo było kiedy Jasiu przychodził w nocy, bo kołdra zjeżdżała razem z nim jak wdrapywał się na łóżko. A potem było mizianie, trącanie główką i wyciąganie łapkami ulubionych chrupek spod poduszki. On wiedział zawsze gdzie są. Jaś żył z nami 8 lat. Dla kota ataksyjnego to piękny wiek, ale jego odejście było tak nagłe, że do dziś nie możemy się z tym pogodzić. Pewnej sierpniowej nocy Jaś zaczął głośno miauczeć. W tym głosie była rozpacz i jednocześnie strach. To była godzina 2, lecznice zamknięte, Jaś płakał a my razem z nim. Jego stan się pogarszał, doszedł oczopląs, zaczęło mu wykrzywiać nienaturalnie główkę. Przypomniałam sobie, że mam prywatny numer do jednej z lekarek ze współpracującej z nami lecznicy. Pani doktor odebrała i kazała nam przyjechać. O 4 pożeganaliśmy się z nim. Do końca tulił się w naszych ramionach. Mimo postępujących objawów był świadomy, że ludzie, którzy go kochali są z nim do końca..."

"Jaś nauczył nas, że trudnych przypadków nie trzeba się bać. Uświadomił nam jak niepełnosprawne koty potrafią sobie świetnie radzić, a przede wszystkim jak bardzo potrafią kochać. Na zawsze zostanie w naszej pamięci..."

To niewielka część historii rozgrywana codziennie w naszych domach, bardzo niewielka patrząc na ilość naszych tymczasowych, których i tak ciągle brakuje. Możecie teraz zadać sobie pytanie - dla kogo jest ta zbiórka? Dla nich, tych których już tu z nami nie ma, dla tych co nadal z nami są, dla tych którzy dopiero do nas trafią

Dla tych 800 łapek musimy mieć siłę. Musimy rano wstać, nakarmić, wyczyścić kuwety, pomiziać za uchem, ale też zawieźć do szpitala, podać leki, zapłakać... zapłakać za tymi, których już tu z nami nie ma. Trzymać za łapkę tych, którzy właśnie ruszyli w podróż za Tęczowy Most. Staramy się dla nich, trzymamy za nie kciuki, modlimy się by najmniejsze przeżyły. By starsze dożyły pięknego wieku.

Szczególnie cieszymy się z adopcji, ale cóż z tego skoro nie wiemy, jak długo jeszcze damy radę. Jedno to psychika, drugie to pieniądze. Ludzki świat kręci się wokół pieniędzy. Bez nich nikomu nie pomożemy. Choć byśmy mieli siłę, chęci i serce po prostu nie damy rady. Nie jesteśmy dofinansowywaną fundacją, wolontariusze za swoją pracę również nie dostają ani grosza. Bardzo prosimy o pomoc, nam i im.

Tylko darowizny i podarunki dają nam szansę na przetrwanie, szczególnie tego trudnego okresu, gdzie śmierć kociaków przez choroby jest coraz częstsza, kocięta są w każdym zakamarku, telefon z prośbą o pomoc dzwoni nawet kilka razy dziennie, a adopcje dopiero ruszają bardzo powoli po letnim okresie. Piętrzący się stos faktur oraz brak pieniędzy na utrzymanie to dla nas i dla nich gwóźdź do trumny.

Ponad 800 łapek bardzo liczy na Waszą pomoc.

cdn...

Pomogli

Ładuję...

Organizator
32 aktualne zbiórki
832 zakończone zbiórki
Wsparło 429 osób
18 409 zł (65,74%)
Brakuje jeszcze 9 591 zł